Rząd podnosi podatki, dług i tak pędzi szybciej niż wpływy
Według danych Eurostat Polska weszła w 2026 rok z długiem publicznym blisko granicy 60 proc. PKB, a już na koniec lutego dług Skarbu Państwa urósł do 2,037 bln zł, czyli o 85,6 mld zł od końca 2025 roku. To tempo oznacza około 1,45 mld zł nowego długu dziennie w pierwszych dwóch miesiącach roku.
Równolegle rząd buduje dochody przez podatki i uszczelnienie systemu, lecz skala tych działań wygląda skromnie wobec dynamiki potrzeb pożyczkowych. Sam pakiet działań dochodowych i compliance na 2026 rok oszacowano na 18,7 mld zł, z czego 6,6 mld zł ma dać wyższy CIT dla banków.
- Polska zamknęła 2025 rok z deficytem sektora instytucji rządowych i samorządowych na poziomie 7,3 proc. PKB oraz długiem 59,7 proc. PKB, a nominalny dług wzrósł do 2,335 bln zł, czyli o około 322,5 mld zł rok do roku, co daje blisko 884 mln zł dziennie.
- Nawet oficjalna strategia Ministerstwo Finansów zakłada wzrost długu według unijnej metodologii do 75,3 proc. PKB w 2029 r., a scenariusz braku nowych działań przygotowany przez Komisja Europejska pokazuje 81,1 proc. PKB już w 2030 r. i 102 proc. PKB w 2035 r..
- Polska nie jest dziś Grecją sprzed kulminacji kryzysu zadłużeniowego, ale zaczyna przypominać ją w jednym punkcie: łatwiej podnosić lub projektować nowe daniny niż trwale ciąć wydatki, a to jest mechanizm, który na dłuższą metę niszczy wiarygodność fiskalną.
Polska nie jest dziś Grecją, ale podobieństwa widać
Najpierw trzeba postawić sprawę uczciwie. Polska nie stoi dziś nad przepaścią na grecki sposób. W 2025 roku miała deficyt 7,3 proc. PKB, wydatki publiczne równe 50,9 proc. PKB, dochody 43,6 proc. PKB i dług 59,7 proc. PKB. Grecja w 2009 roku miała już deficyt 15,4 proc. PKB, wydatki 53,2 proc. PKB, dochody 37,8 proc. PKB i dług sięgający 126,8 proc. PKB. Skala była więc zupełnie inna. Polska ma też ważne bufory: inwestycyjny rating, własny rynek długu, a udział walut obcych w długu Skarbu Państwa wynosił na koniec lutego 2026 roku 20,1 proc..
Niepokojące jest jednak coś innego. W przypadku Grecji już w 2007 roku oficjalne dokumenty sugerowały zejście z deficytem do 2,4 proc. PKB, ale poprawę współtworzyły dochody jednorazowe i wyższa akcyza na paliwa. Dwa lata później wszystko się rozsypało: po rewizjach okazało się, że grecki deficyt w 2008 roku był znacznie wyższy, a w 2009 roku wystrzelił do poziomu całkowicie nieakceptowalnego dla rynku. To właśnie jest lekcja z Aten: kryzys nie zaczyna się wtedy, gdy dług jest już gigantyczny, tylko wtedy, gdy rząd przez zbyt długi czas kupuje sobie czas podatkami, jednorazówkami i optymistycznymi założeniami zamiast naprawiać strukturę wydatków.
Dzisiejsza Polska ma nad Grecją sprzed kryzysu przewagę instytucjonalną i walutową, ale ma też własny problem. Tempo pogarszania się fiskusa jest zbyt szybkie jak na kraj, który wciąż rośnie i nie jest w recesji. To właśnie ten rozdźwięk rynek obserwuje najuważniej.
Coraz więcej danin, wciąż za mało twardych cięć
Tu dochodzimy do sedna. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia wprost, że pogorszenie polskich finansów publicznych od 2021 roku wynika wyłącznie ze wzrostu wydatków, a nie z nagłego załamania dochodów. Fundusz wskazuje na rozszerzone transfery społeczne, lepiej opłacaną sferę publiczną i wyższe wydatki obronne. Innymi słowy, państwo urosło szybciej niż jego trwałe dochody. To jest ekonomicznie proste, choć politycznie niewygodne: jeśli wyborcy oczekują kolejnych dopłat, osłon, waloryzacji i transferów, rachunek wraca w postaci podatków albo długu.
Na 2026 rok rząd wpisał do dokumentów unijnych szeroki pakiet działań dochodowych i uszczelniających. Na liście są między innymi: wyższy CIT dla banków, zmiany w akcyzie i PIT, rozszerzenie opłat drogowych, efekty KSeF, zmiany dotyczące opłaty cukrowej oraz wyższy VAT na część napojów. Łączny efekt tych działań oszacowano na 18,7 mld zł w 2026 roku, a sam wyższy CIT dla banków i części instytucji finansowych ma dać około 6,6 mld zł. Co ważne, szczególne stawki CIT dla banków od 2026 roku są już zapisane w oficjalnym serwisie podatkowym państwa, z przejściową stawką 30 proc. dla części podmiotów.
To dobrze wpisuje się w narrację, którą coraz częściej słychać w debacie publicznej: zamiast ciąć aparat wydatkowy, łatwiej sięgnąć po kolejną branżę albo nową niszę podatkową. Problem polega na tym, że nawet sam rząd w swoich wyliczeniach przyznaje, iż część planowanych podwyżek niesie ryzyko niższych wpływów przez wzrost szarej strefy. Tak zapisano choćby przy zmianach akcyzowych. Innymi słowy, intuicja znana z krzywej Laffera nie jest już tylko sporem ideologicznym, ale pojawia się wprost w oficjalnym rachunku ryzyka.
Warto też doprecyzować jedną rzecz. Nie wszystkie podatkowe pomysły rządu weszły w życie. Gabinet przyjął projekty podwyżek opłaty cukrowej, akcyzy na alkohol i stawki podatku od wygranych z 10 proc. do 15 proc., ale w grudniu 2025 roku prezydent zawetował ustawę o zmianie ustawy o zdrowiu publicznym i PIT oraz ustawę akcyzową. To nie zmienia głównego wniosku. Kierunek szukania pieniędzy był wyraźny, nawet jeśli część rozwiązań zatrzymał proces polityczny.
Tymczasem zarówno OECD, jak i państwowa kontrola wykonania budżetu idą w inną stronę. Rekomendacje koncentrują się na przeglądach wydatków, większej przejrzystości finansów publicznych, ograniczaniu zależności od funduszy pozabudżetowych oraz upraszczaniu regulacji dla firm. To brzmi mniej efektownie niż nowa danina, ale właśnie tak zwykle zatrzymuje się spiralę zadłużenia zanim przerodzi się ona w kryzys zaufania.
Gdzie zaczynają się prawdziwe tarapaty
Poważne tarapaty finansowe nie zaczynają się w chwili, gdy kraj przekracza symboliczne 60 proc. PKB w jednej metodologii. Zaczynają się wtedy, gdy inwestorzy i agencje przestają wierzyć, że dług zostanie ustabilizowany. Polska już jest objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu i ma z niej wyjść do 2028 roku. Jednocześnie Fitch Ratings utrzymuje dla Polski perspektywę negatywną i prognozuje, że przy ograniczonym polu do konsolidacji dług wzrośnie do około 70 proc. PKB w 2027 r.. Podobny sygnał wysyła Moody's Ratings, wskazując, że powrót perspektywy do stabilnej wymaga wiarygodnej ścieżki spowolnienia przyrostu długu.
Oficjalna strategia długu resortu finansów, czyli scenariusz zakładający przestrzeganie reguł fiskalnych, i tak przewiduje wzrost długu liczonego według unijnej metodologii do 65,4 proc. PKB w 2026 r., 69,1 proc. w 2027 r., 72,7 proc. w 2028 r. i 75,3 proc. w 2029 r.. W scenariuszu bieżących polityk Fundusz widzi około 78 proc. PKB w 2031 r. i potrzebę dostosowania fiskalnego rzędu 4 proc. PKB, by trend odwrócić. Z kolei Komisja w scenariuszu braku nowych działań pokazuje ścieżkę jeszcze ostrzejszą: 81,1 proc. PKB w 2030 r., 89,3 proc. w 2032 r. i 102 proc. w 2035 r., przy rosnących potrzebach pożyczkowych brutto, które w 2036 roku miałyby sięgnąć 20 proc. PKB.
Z tych liczb wynika dość prosty wniosek. Jeżeli obecne tempo zadłużania nie zostanie złamane, Polska może wejść w fazę poważnego stresu fiskalnego między 2027 a 2030 rokiem. Nie musi to oznaczać bankructwa w sensie greckim. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz drogiego finansowania, jednej lub kilku obniżek perspektywy albo ratingu, wypychania prywatnych inwestycji przez rosnące potrzeby państwa i coraz większej presji na kolejne punktowe podatki. To byłby kryzys wolniejszy, mniej widowiskowy, ale dla wzrostu gospodarczego równie niszczący.
Co może wydarzyć się dalej
Scenariusz kontrolowany zakłada, że rząd naprawdę przechodzi od zbierania dochodów do porządkowania wydatków. W takim wariancie utrzymuje ścieżkę wymaganą przez UE, prowadzi realne przeglądy programów, ogranicza mnożenie przywilejów, poprawia transparentność i korzysta z silnego wzrostu wspieranego środkami unijnymi. Wtedy Polska prawdopodobnie nie wpadnie w kryzys płynności, ale będzie przez kilka lat funkcjonować z wyraźnie wyższym długiem i słabszym komfortem fiskalnym. To jest najłagodniejszy z realistycznych wariantów.
Scenariusz pełzającego kryzysu wydaje się dziś najbardziej prawdopodobny. Deficyt pozostaje wysoki, polityka przedwyborcza utrudnia ostrzejszą konsolidację, a po wygaśnięciu części impulsu unijnego wzrost w 2027 roku słabnie. W takiej konfiguracji rosną koszty długu, pojawia się jedna obniżka ratingu albo kolejna negatywna rewizja perspektywy, a budżet zaczyna coraz większą część pieniędzy przeznaczać na obsługę zadłużenia zamiast na inwestycje i usługi publiczne. Wtedy polityczna pokusa nowych danin dla wybranych sektorów jeszcze rośnie.
Scenariusz wstrząsowy to połączenie słabszego wzrostu z szokiem zewnętrznym, na przykład geopolitycznym, energetycznym albo handlowym. Wtedy przy już wysokim deficycie państwo wchodzi w niebezpieczny miks: słabsze dochody, wyższe wydatki i gorsze warunki refinansowania. Polska ma przewagę nad dawną Grecją, bo większość długu jest finansowana we własnym systemie i w dużej mierze w złotym, więc ryzyko gwałtownego odcięcia od rynku jest niższe. Ale skutkiem mógłby być pakiet awaryjny pod postacią zamrożeń części wydatków, gwałtownych cięć inwestycji cywilnych, szybkich podwyżek wybranych podatków i dużo słabszego wzrostu przez kilka lat.
Najbardziej trzeźwy wniosek brzmi więc tak: Polska nie jest dziś Grecją, ale przy obecnej trajektorii może wejść na ścieżkę, na której każdy kolejny rok będzie wymagał coraz boleśniejszych decyzji. Jeżeli polityka fiskalna pozostanie oparta przede wszystkim na podnoszeniu obciążeń i doszczelnianiu dochodów, a nie na odważnym przeglądzie wydatków, to strefa realnych problemów zacznie się szybciej, niż sugeruje spokojny ton oficjalnych komunikatów.
