Rentowności obligacji USA najwyżej od 2007 roku. Wall Street wciąż wierzy w zyski

obligacje USA

Amerykański rynek długu wysyła coraz mocniejsze ostrzeżenie: rentowność dziesięcioletnich obligacji skarbowych osiągnęła poziom niewidziany od lipca 2007 roku, a kredyty mieszkaniowe znów gwałtownie drożeją. Giełda na razie wytrzymuje tę presję, ponieważ inwestorzy liczą na niemal 29-procentowy wzrost zysków spółek z S&P 500. Problem w tym, że droższa energia i finansowanie podnoszą poprzeczkę dla realizacji tych oczekiwań.


  • Rentowność amerykańskich obligacji dziesięcioletnich sięgnęła około 5,19%, a tempo jej wzrostu nasila obawy o stabilność rynku finansowego.
  • Ropa Brent zakończyła sesję na poziomie 106,60 dolara za baryłkę, podtrzymując presję inflacyjną i oczekiwania kolejnych podwyżek stóp procentowych w USA.
  • Dzienne oprocentowanie trzydziestoletnich hipotek wzrosło do 7,45%, podczas gdy S&P 500 pozostaje około 1% poniżej historycznego szczytu.

Rentowności obligacji rosną z prędkością, która niepokoi rynek

W czwartek późnym popołudniem w Nowym Jorku rentowność amerykańskich obligacji dziesięcioletnich sięgnęła około 5,19%. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej znajdowała się poniżej 4,8%, a w sierpniu przejściowo schodziła pod 4,6%. Środowy skok był największym jednodniowym wzrostem od kwietnia 2025 roku. Równocześnie rentowność papierów trzydziestoletnich dochodziła do 5,47%, najwyżej od 22 lat.

To właśnie szybkość zmiany, a nie tylko sam poziom rentowności, budzi największy niepokój. Dziesięcioletnie obligacje USA są ważnym punktem odniesienia dla kosztu kredytów i finansowania inwestycji. Kiedy ich rentowność rośnie gwałtownie, firmy oraz inwestorzy mają mniej czasu na dostosowanie się do warunków, w których obsługa zadłużenia staje się droższa, a wcześniejsze założenia finansowe przestają się sprawdzać.

Analitycy wskazują na 16 epizodów szybkiego wzrostu rentowności od 1970 roku, którym towarzyszyły zaburzenia finansowe o różnej skali. Wśród historycznych przykładów znajdują się krach giełdowy z 1987 roku i upadek Silicon Valley Bank w 2023 roku. Taka obserwacja nie przesądza, że kolejny kryzys jest nieunikniony, ani nie dowodzi jednej wspólnej przyczyny tych wydarzeń. Pokazuje jednak, dlaczego rynek tak uważnie przygląda się dziś podmiotom silnie uzależnionym od długu.

W centrum obaw znalazły się prywatny rynek kredytowy, mniej przejrzysty od publicznych rynków finansowych, oraz rozbudowa centrów danych na potrzeby sztucznej inteligencji. Część tych inwestycji korzysta z dużego zadłużenia, także w strukturach pozabilansowych. Do presji na amerykańskie obligacje dochodzą pogarszająca się kondycja finansów publicznych i konkurencja o kapitał ze strony projektów związanych z AI.

Droga ropa utrudnia Fed walkę z inflacją

Najbardziej bezpośrednim źródłem presji pozostaje energia. W czwartek cena ropy dochodziła do 108 dolarów za baryłkę, a Brent zakończyła handel wzrostem o 3,4%, do 106,60 dolara. Amerykańska WTI podrożała o 2,6%, do 94,61 dolara. Od początku roku oba gatunki zyskały ponad 65%.

Trwająca od siedmiu miesięcy wojna z Iranem podtrzymuje obawy o dostawy. Doniesienia o rozważanej, etapowej ścieżce zakończenia konfliktu, obejmującej ponowne otwarcie cieśniny Ormuz, przyniosły jedynie krótkotrwałą ulgę. Sygnał o rozmowach nie jest jeszcze porozumieniem, dlatego początkowe cofnięcie cen ropy nie utrzymało się do końca sesji.

Skutki widać już na amerykańskich stacjach. Średnia cena oleju napędowego wynosiła 6,51 dolara za galon, o 73% więcej niż na początku wojny. Zwykła benzyna kosztowała średnio 4,48 dolara za galon, co oznaczało wzrost o 50% względem początku konfliktu. Droższe paliwo zwiększa nie tylko rachunki kierowców, lecz także koszty transportu i działalności przedsiębiorstw.

Według wrześniowego badania S&P Global koszty nakładów ponoszone przez amerykańskie firmy rosły najszybciej od czterech lat, przy silnym wzroście kosztów paliw i transportu. Jednocześnie aktywność biznesowa przyspieszyła. To niewygodne połączenie dla Rezerwy Federalnej: gospodarka pozostaje odporna, ale presja cenowa nie daje bankowi centralnemu przestrzeni do łagodzenia polityki.

Rynek coraz mocniej obstawia podwyżki stóp na dwóch kolejnych posiedzeniach Fed. Przedstawiciele banku centralnego również dopuszczają dalsze zacieśnienie, choć ich wypowiedzi nie są obietnicą realizacji całego scenariusza wycenianego przez inwestorów. Oczekiwania rynku i decyzje Fed to nadal dwie różne rzeczy. Co więcej, nie każdą falę sprzedaży obligacji można przypisać jednej wiadomości: dla czwartkowego popołudniowego przyspieszenia wyprzedaży nie wskazano jednoznacznego impulsu.

Hipoteki po 7,45%

Rosnące rentowności szybko docierają do nabywców nieruchomości. Średnie oprocentowanie trzydziestoletniego kredytu hipotecznego ze stałą stopą wzrosło w czwartek do 7,45% z 7,26% dzień wcześniej. To ruch o 19 punktów bazowych w ciągu jednego dnia. Jeszcze pod koniec lutego ten sam wskaźnik schodził do około 5,99%.

Dla kupującego dom znaczenie ma przede wszystkim oprocentowanie dostępne w chwili ustalania warunków kredytu. Przy tej samej kwocie finansowania wyższa stopa oznacza większą ratę i mniejszą siłę nabywczą. Ekonomiści wskazują również na psychologiczne znaczenie przekroczenia 7%, które może dodatkowo osłabiać skłonność do zawierania transakcji jesienią.

Choć tygodniowy odczyt pozostaje poniżej szczytu 7,79% z 2023 roku, kierunek zmian przekreśla część nadziei na ożywienie rynku mieszkaniowego. Droższy kredyt nakłada się na wysokie ceny domów, słabe nastroje konsumentów i ograniczoną podaż przystępnych cenowo nieruchomości.

Wall Street liczy na zyski, ale margines bezpieczeństwa maleje

Na tle rynku długu spokój giełdy zwraca uwagę. W czwartek S&P 500 odrobił wcześniejszy spadek o 0,5%, a Nasdaq Composite wymazał zniżkę o 0,9%. Oba indeksy zamknęły sesję praktycznie bez zmian. S&P 500 pozostaje około 1% poniżej historycznego maksimum mimo drogiej energii i rosnącego kosztu pieniądza.

Wyjaśnieniem są przede wszystkim oczekiwania wyników przedsiębiorstw. Analitycy Wall Street prognozują, że zysk na akcję spółek z S&P 500 w trzecim kwartale wzrośnie o około 29% rok do roku. Tak silna poprawa mogłaby pomóc uzasadnić wysokie ceny akcji nawet przy mniej korzystnych warunkach finansowania. Na razie jest jednak prognozą, którą spółki muszą dopiero potwierdzić.

Analiza JPMorgan obejmująca około 80 lat pokazuje, że relacja między rentownościami obligacji a wycenami akcji nie jest prosta. Przy ponadprzeciętnym wzroście zysków, rzędu 15% rocznie, rentowności dziesięcioletnich papierów mogły historycznie rosnąć do około 5%, zanim zaczynała się presja na mnożniki wyceny, czyli na to, ile inwestorzy płacą za jednostkę zysku. Poziom 5% nie jest automatycznym sygnałem przeceny, ale obecna rentowność powyżej tej granicy zwiększa znaczenie wiarygodności prognoz wyników.

Presja nie ogranicza się do Stanów Zjednoczonych. Rentowność japońskich obligacji dziesięcioletnich wzrosła do najwyższego poziomu od 1996 roku, a niemieckich od 2009 roku. To pokazuje, że wzrost kosztu finansowania ma wymiar globalny, choć nie daje podstaw do wyliczania konkretnych zmian rat czy kursów walut w Polsce.

Najbardziej wymagający dla giełdy byłby teraz zbieg dwóch zjawisk: utrzymania wysokich rentowności i rozczarowania wynikami spółek. Droga energia może obciążać marże, a droższy kredyt ograniczać popyt. Dopóki prognozy zysków pozostają mocne, akcje mają oparcie. Jeśli jednak zaczną być obniżane, inwestorzy będą musieli ponownie ocenić, czy obecne ceny dostatecznie uwzględniają ryzyko.

Źródło: MarketPortal.pl